
Jazda po Pafos. Cypryjski relaks kończy się za kierownicą
Słońce na pocztówkach, nerwy na rondach i weekendowe poszukiwania parkingu. Felieton o codzienności na ulicach Pafos.
Tak wiem, tego się zapewne nie spodziewaliście. W sumie ja też nie do końca, ale kimże jestem, by kwestionować boskie wyroki? No dobra, może trochę poleciałem, ale koniec końców niczym w filmie o Asterixie, „dziesiąty raz się tu spotykamy”. Znaczy, po raz kolejny. Jednak nie wiem który.
Kiedy ktoś czyta o Cyprze albo dowiaduje się, że tu mieszkam (zaufajcie mi, to jest automatyczny temat do rozmowy i do tego +10 do światowości), to zawsze słyszę, że jest tak miło, pogoda taka sympatyczna cały czas słońce i, że trudno się nie denerwować. Pomijam już, że fajnie się mówi o cieple, gdy latem nie masz ponad czterdzieści stopni, a autostrada nie jest zamykana przez pożary, bo jakiś idiota uznał, że spalanie traw w porze suchej to świetny pomysł. Jednak „trudno się denerwować?”. Dobry Boże, o naiwności. Ten ktoś chyba nigdy nie jechał rano do pracy. A już na pewno nie w Pafos. Kto bowiem raz utknie na skrzyżowaniu albo na rondzie koło Sklavenitisa, ten nie zapomni tego do końca życia.
Jazda po Pafos: telefon, buzuki i brak kierunkowskazów
Nigdy nie byłem mistrzem jazdy. Raczej bliżej mi do najgorszego koszmaru ubezpieczycieli niż do Lewisa Hamiltona, ale pytam się, gdzie są jakiekolwiek podstawy znajomości ruchu drogowego? Pomijam brak używania kierunkowskazów, jazdę z telefonem w ręce, bo „przecież to ważne, że wieczorem musimy się zobaczyć w SOHO”. Rozumiem, jakby ktoś miał wbudowany Bluetooth, zresztą w dzisiejszych czasach to nie problem. Jednak jak widzę gościa, który bez cienia żenady jedzie rozklekotanym pickupem wiozącym jakiś złom, trzyma w ręku telefon i drze się na całą jezdnię, puszczając buzuki w tle, to mam wręcz ochotę jechać za nim, stanąć na miejscu obok i poprosić o Celine Dion z dedykacją, skoro tak lubi robić za DJ-a. Jednak oczywiście tego nie zrobię, bo i swój czas szanuje i swoje zęby.
Przez rondo na skróty
No i Ci ludzie pchający się na jezdnie byle gdzie i jak chcą. Ja rozumiem, jak nie ma przejścia, a jednak trzeba przejść na drugą stronę. Rozumiem to, nawet czasem przepuszczam. Wiem, średnio zgodne z przepisami, ale mi pięć sekund różnicy nie zrobi a komuś może i tak. Jednak gdy widzę, jak ktoś przekracza jezdnię przez RONDO (tak, to się zdarza), albo przechodzi, choć pięć metrów dalej jest przejście dla pieszych, to ja się pytam, po co w takim razie przejścia w ogóle. A może to olać i po prostu zrobić wolną amerykankę? Dreszczyk emocji i niepewności pobudzi lepiej niż najcięższe Fredo Espresso, a i może ktoś zrzuci parę kilo, uciekając przed samochodami. Patrząc na moje pomysły, może przekraczają swoje czasy i dlatego nigdy nie kandydowałem do parlamentu.
Parkowanie w Pafos, czyli gimnastyka samochodowa
O parkowaniu nawet nie wspomnę. Chociaż tutaj muszę przyznać, że trochę się poprawia. W Pafos są miejsca parkingowe, to fakt. Szkoda tylko, że jest ich za mało. W ciągu tygodnia jeszcze pół biedy, bo takiego ruchu nie ma, a reszta albo jest w szkole, albo w pracy, albo w Limassol, czyli też w pracy. Jednak pojechanie w piątek albo w weekend do centrum wieczorem graniczy z cudem. Fikołki i akrobacje swoim autem są godne mistrzów olimpijskich w gimnastyce. Koniec końców każdy staje przed sklepami, mieszkaniami, a i czasem na trawniku miejsce się znajdzie.
Oczywiście też nie ma co się łudzić. Każdy, w mniejszym lub większym stopniu jest zły, wściekły, niewyspany albo po prostu musi wyładować frustracje. Czasem też i ja. A jeszcze nie dotarłem do pracy. Także jak widać, ten relaks można sobie często wsadzić.
Fajnie wygląda na pocztówkach z zachodzącym słońcem. Rzeczywistość bywa inna. Zwłaszcza w Pafos. Jednak kto ma wiedzieć i to zaznać, ten mnie zrozumie. A reszcie po prostu zazdroszczę. Miłego tygodnia, no i szerokości.








